Wspomnienia z Banina

W wydanej przez nas w 2019 r. książce „Bukowscy herbu Jastrzębiec z Bukowca Małego” pióra Rafała Bukowskiego znajdziemy wspomnienia śp. Marii Sarnawskiej poświęcone wakacjom w Baninie w latach 1925-1931. Maria Sarnawska była wówczas dzieckiem, ale w pamięci zachowała żywe i barwne historie dotyczące samego majątku i jego atmosfery, jego mieszkańców i sąsiadów, domowego i przydomowego „zwierzyńca”.  Poniżej przedstawiamy kilka wyjątków z jej wspomnień.

O majątku Banin (Banino)

Portret Marii Sarnawskiej, autor nieznany.

„Banin był to majątek ziemski średniej wielkości i należał do mojego wuja Stefana Bukowskiego. Położony był na Kaszubach między Gdańskiem i Kartuzami. Szosa biegła przez teren majątku oddzielając dwór otoczony parkiem od czworaków. Tylko część przednia, w najbliższym otoczeniu dworu, aleje kasztanowe i gazon przed domem były pielęgnowane, pozostała część była zapuszczona i dzika. My dzieci bałyśmy się tam nawet chodzić. Na tyłach domu znajdował się ogród warzywny i niewielki sad. Sam dom miał pobielane ściany, piwnicę, parter i mansardę. Na parterze było pięć dużych pokoi, sień, kuchnia i ubikacja. Z obszernej sieni schody prowadziły na górę, gdzie znajdowały się dwa duże gościnne pokoje i dwa całkiem małe. Z tarasu wchodziło się do obszernego holu. Stały tu meble wiklinowe, które można było wynosić na taras. Drzwi po prawej stronie holu prowadziły do salonu – gabinetu wuja, do którego wstęp dzieciom był zabroniony. Tutaj dorośli grywali wieczorami w brydża. Nad biurkiem wuja wisiał portret ciotki Maryśki. W salonie stała też skórzana kanapa wraz z fotelami i stolikami do grania w karty. W rogu pokoju mieściła się etażerka, na której leżała srebrna kula z cynfolii, czyli sreberek po czekoladzie. Sreberek tych nie wolno było wyrzucać, tylko nawijało się je na ową kulę mocno ugniatając. My dzieci byłyśmy tym bardzo zainteresowane. Na nasze pytania, po co ta kula, ciotka odpowiadała: „na wykupienie murzynków z niewoli”, co nas jeszcze bardziej dziwiło. Niestety, dalszych wyjaśnień nam nie udzielano.

Fotografia Bukowscy

Stefan i Maria Bukowscy, właściciele majątku Banino, lata 1924 – 1932.

Z holu na lewo wchodziło się do pokoju stołowego, w którym stał stół i dwanaście krzeseł, kredens i fortepian. Kiedy raz zjechało siedmioro dzieci, mieścił się tu stół dla dzieci, tzw. folwark. Z holu wchodziło się też do tzw. pokoju dziecięcego, który sąsiadował z sypialnią wujostwa.

Pokoje były wysokie, miały duże okna, na ścianach tapety. Wisiały w nich obrazy, ale nie pamiętam, o jakiej tematyce. Pamiętam natomiast żyrandol w pokoju stołowym, który wisiał nad stołem i miał frędzelki z koralików oraz zwisający nisko dzwonek na służbę. Dzwonkiem posługiwała się ciotka Maryśka, wzywając pokojówkę by wydać jej polecenia”.

O podróżowaniu do Gdańska

Krysia Kwiatkowska (siostra cioteczna autorki wspomnień) i Marysia Korzeniowska (Sarnawska), Pierwsza Komunia, 1929 r. Gostynin.

„W latach dwudziestych, kiedy Polska odzyskała niepodległość i pojawiło się również Wolne Miasto Gdańsk, jadąc do Banina trzeba było korzystać z połączenia kolejowego Warszawa – Gdańsk. W projekcie, a może już w trakcie budowy, była magistrala Śląsk – Gdynia. W naszej do Banina podróży stacją docelową był początkowo Gdańsk. Przekraczało się wtedy granicę polską w Tczewie, gdzie odbywała się kontrola graniczna. Dorośli okazywali paszporty, a dzieci metrykę urodzenia z adnotacją meldunkową. W Gdańsku czekały na nas konie, czasem wyjeżdżał sam wuj Stefan. Widocznie w Gdańsku załatwiał jakieś interesy. Pamiętam śmieszne wydarzenie, które nam się kiedyś przytrafiło. Wuj Stefan z ciotką Felą (później babką Agaty) zostawił nas na chwilę z walizkami na środku hali dworcowej. Odchodząc wuj powiedział: „Pilnujcie walizek, żeby wam ich nikt nie ukradł”. Stoimy przy tych walizkach rozglądając się wokoło, a tu jak na złość zachciało się nam wszystkim siusiu, tj. mnie i Krysi i Malifie. Skręcamy nogi w grajcarki, raptem patrzymy, a po drugiej stronie hali jakiś wąsaty mężczyzna w płaszczu i okrągłej czapce z daszkiem kiwa wyraźnie w naszym kierunku. Chce nam ukraść walizki i wabi nas do siebie, przemknęło nam przez głowy, kiedy wrócił wuj opowiedziałyśmy o tym człowieku i znakach, jakie nam dawał. Wuj poszedł do niego, żeby wyjaśnić sprawę. Okazał się być zamiataczem dworca i domyślając się, że chce nam się siusiu po prostu wskazywał nam toaletę, do której zresztą zaraz nas zaprowadzono.

Numerowy zabrał nasze walizki i zaniósł do stojącego przed dworcem powozu. Ja z Krysią zawsze walczyłam o miejsce na koźle przy stangrecie Bernardzie. Która z nas wtedy zajęła to miejsce, nie pamiętam. Podróż końmi do Banina trwała zwykle około półtorej godziny. Znów przekraczaliśmy granicę Wolnego Miasta Gdańska i Polski, tym razem w Rębiechowie nie było z tym kłopotu. Kiedy strażnicy na pytanie: „Wer ist da?” Uzyskiwali odpowiedź: „Banin”, podnosił się szlaban i mogliśmy jechać dalej. Zapadał wieczór, Bernard zapalał boczne latarnie, ciszę zakłócał miarowy stukot kopyt końskich o granitową kostkę, którą wybrukowana była szosa. Odgłos ten cichł, gdy zjeżdżaliśmy z szosy na boczną piaszczystą drogę wzdłuż ogrodzenia parku, jeszcze jeden skręt w otwartą bramę, objeżdżaliśmy gazon i konie stawały przed schodami prowadzącymi na taras dworu”.

O koniach

KOnie

Bracia Stefana Bukowskiego – od lewej: Witold, Mieczysław, Zdzisław.

„Bartek – wałach i Iskra – klacz, obydwa kasztany stanowiły parę koni wyjazdowych, tzw. cugowych. Miały kurtyzowane ogony i przycięte grzywy, przypominające długie szczotki o krótkim włosiu. Były szczególnie zadbane, wygląd ich był bowiem wizytówką majątku. Od razu jasne było, że są to konie dworskie, a nie żadne chłopskie. Nie używało się ich do żadnych robót polowych. Wspomniany Bernard, stangret, opiekował się nimi troskliwie, zaprzęgał je i powoził. Ubrany w liberię, inną na lato i inną na zimę. W lecie zakładał płócienną bluzę w biało – czarne paski (a może granatowe), na głowę okrągłą granatową czapkę z jedwabnym otokiem i daszkiem. Na wypadek deszczu lub chłodu strój uzupełniał granatowy, dwurzędowy, sukienny płaszcz zapinany na srebrne guziki, a na każdym guziku była pięciopałkowa korona. Płaszcz był bardzo długi i obszerny, tak że widoczne były tylko buty. Na koźle stangreta zakrywał prawie po pas skórzany fartuch, przyczepiany po obu stronach przedniego siedzenia”.

O jelonku Wojtku

„Najciekawsza była jednak historia Wojtka. Pewnego dnia jeden z fornali przyniósł do dworu małego jelonka. Z wielką troskliwością zajęła się nim ciotka Maryśka. Zaczęła naturalnie od karmienia butelką. Jelonek szybko się oswoił, stając się ulubieńcem domowników i atrakcją dla gości. Chodząc po dywanach, zachowywał równowagę. Gorzej było po wypolerowanej podłodze, kopytka mu się rozjeżdżały i często się przewracał. Wydzielono spory kawałek trawnika w ogrodzie, ogrodzono go siatką i przeznaczono na wybieg dla Wojtka. Stelmach zrobił Wojtkowi obszerny domek i paśnik na siano i owies. Wojtek został przeniesiony do ogrodu, gdzie mógł swobodnie się poruszać. Opiekowała się nim nadal ciotka Maryśka, nosząc mu siano, koniczynę i owies. Z konieczności to z nią Wojtek był najbardziej oswojony. Minęły dwa lata. Z małego jelonka wyrósł dorodny samiec. Z czasem zrobił się nawet agresywny i tolerował tylko ciotkę. Wchodziła bez obaw do jego zagrody i sypała mu do koryta owies. Aż tu pewnego dnia, byłam wtedy pięcioletnią dziewczynką, stałam akurat w kuchni przy oknie i przyglądałam się, jak ciotka Maryśka otwiera bramkę do wybiegu Wojtka. Ledwo zdążyła wejść, a tu Wojtek pochylił głowę, nastawił rogi i zaczął szarżować na ciotkę. Narobiłam krzyku, na co pokojówka i kucharka wyjrzały przez okno i widząc, co się dzieje, złapały szczotki i tak uzbrojone ruszyły w sukurs ciotce. W tym czasie ciotka, jak mogła, broniła się przed agresją Wojtka, zasłaniając się metalowym pudełkiem z owsem. Kucharka i pokojówka zaczęły szczotkami odganiać rozjuszone zwierzę. Nikt nie poniósł szwanku na ciele, ale było to ostrzeżenie.

Koniec życia Wojtka był tragiczny. Nie wiadomo jak było dokładnie, ale pewnej nocy do zagrody Wojtka dostały się psy stróża nocnego i zagryzły go. Nic nie pomogły żale ciotki Maryśki, musiała pogodzić się ze smutną prawdą.

Rzeczywistość była taka, że wujostwo wydali ogromne przyjęcie zapraszając okolicznych ziemian. Głównym daniem była pieczeń sarnia i pasztet z dziczyzny”.

Więcej o wakacjach w Baninie, codziennych zajęciach, milusińskich, podróżach do Gdyni, relacjach z sąsiadami, a także o Jacku Bukowskim, który zginął w Powstaniu Warszawskim w wieku 16 lat, przeczytać można w drugiej części książki Rafała Bukowskiego „Bukowscy herbu Jastrzębiec z Bukowca Małego.” Zapraszamy do lektury!